Blog

AntropocenPołączenia

Połączenia

                                                                                                                                                                                              

                                                                                                                                                                                              Konrad Sikora

 

Wyrastając z jakiegoś punktu, człowiek chce spoglądać na piętrzący się wokół niego świat, pełen zagadkowych miejsc, rozbudzających w nim pragnienia poznawania. Pierwszym naszym punktem odniesienia jest dom. Różne są doświadczenia domu i domowości. Dom to nie tylko ściany i okna, nie tylko drzwi i dach. Dom to konstrukcja wartości, której, nim pójdziemy dalej, warto się na chwilę przyjrzeć.

 

Józef Tischner w znakomitej książce Filozofia dramatu, poświęca dużo miejsca przestrzeni, jako jednemu z podstawowych składników ludzkiego dramatu. Żyjemy zawsze w konkretnej przestrzeni, a żyjąc w niej, odnosimy się do niej w taki, czy inny sposób. Dom jest człowiekowi najbliższy, jak twierdzi myśliciel, bo to posiadanie domu sprawia, że wokół nas rośnie obszar pierwotnej swojskości. Dom często traktujemy jako punkt odniesienia, jako miejsce, z którego startujemy w świat, w dorosłość. Przekraczając próg, wkraczamy w przestrzenie nieznane, wchodzimy te cienie, które stają się fizycznymi kształtami, niosą ze sobą treść, smak, zapach, wygląd, emocje, atmosferę i wartości. Nasze spojrzenie na to wszystko Nowe uwarunkowane jest w pewnym sensie tym, z czego zbudowany został nasz dom.

 

Jeśli ściany były solidną więzią rodzinną, to w przestrzeni Nowej stajemy silni, na mocnych nogach i z przekonaniem, że jeśli ona zawiedzie, będziemy mieć gdzie wracać. Jeżeli okna były przejrzyste i wolno było przez nie wyglądać na świat, to paraliżujący lęk ustępuje podniecającemu oczekiwaniu Nowego. Jeśli dach nie był ciężarem upupienia i apodyktycznego rodzicielstwa, wówczas znikną opory przed nocą pod obcym dachem, pod namiotem, a nawet pod gołym niebem. U kogo nie trzaskano drzwiami, ten każde drzwi i każdą furtkę otworzy z namaszczeniem, bez drżących dłoni i obaw, że za progiem ujrzy mordę oszpeconą bruzdami nienawiści. Tak wiele zależy od domu, ale przecież ten, kto pozbawiony był domu i od zarania swoich dziejów wiódł życie nomady, też może stanąć z otwartym, pozbawionym lęku umysłem i wpatrywać się w rysujące się przed nim Nowe.

 

Wyruszamy w podróż! Budzi się w nas pierwotny nomadyzm, stajemy się Biegunami uzależniającymi swoje życie od ruchu. Ma rację ten, kto uważa, że bezruch jest zbrodnią wymierzoną przeciwko człowiekowi. Zwierzęta migrują w poszukiwaniu pokarmu i przestrzeni życiowej. Człowiek migruje za jedzeniem i życiem, za odpoczynkiem i pragnieniem obecności w miejscach, które od dawna go pociągały. Rodzimy się nomadami rozpoczynającymi swoje życie od trybu osiadłego. Dopiero z czasem zbieramy się na śmiałość myślenia o powrocie do korzeni, do bycia, przynajmniej okresowym, nomadą.

 

Od punktu A do punktu B, a potem do C poprzez cały alfabet łaciński, grecki, hebrajski, niekończącą się ilość możliwości trwamy w podróży. Każde odwiedzone miejsce naznaczamy swoją obecnością. Czy dla Barcelony jest ważne, by odwiedził ją akurat konkretny Kowalski? Pewnie nie, ale dla konkretnego Kowalskiego już tak, bo każde miejsce ma niebywały wpływ na złożoność Kowalskiego. Olga Tokarczuk w Biegunach mówi: „staję się tym, w czym uczestniczę”. Mogę stać się Barceloną, nałapać jej niesamowitej energii, napić się ze źródeł afirmacji życia, cieszyć się nie tylko wizualną stroną miasta, ale także jego esencją. Świadoma podróż jest jak picie świeżo wyciskanego soku: dostarcza o wiele więcej wartości odżywczych niż przeciętny, kupiony w sklepie napój w kartonie. Każde miejsce to mikroskładnik mojego wnętrza, dzięki niemu żyję, a moje życie mieni się całą paletą barw.

 

Moja nomadyczna świadomość tka sieć połączeń między konkretnymi przestrzeniami. Potem kolekcje zdjęć, filmów i pamiątek stają się przejściem w czasoprzestrzeni. Mogę wrócić do tamtych miejsc, do tamtych wspomnień i na nowo, choć niekoniecznie fizycznie, wyprawić się w podróż. Wydaje się, że sieć jest po to, by chwytać w ofiarę, krępować ją, zabić i zjeść, ale nie o to tutaj chodzi. Jest inne podobieństwo: siatka połączeń służy do schwytania nadziei i myśli, których smak to radość. W ten oto sposób Ja-migrant tworzę własny system połączeń, własne szlaki i mapę, która skrywa jedynie mi dostępne sekrety osobistego nomadyzmu.

 

Muszę być uważnym podróżnikiem! Ten imperatyw obliguje mnie do wrażliwości na całe otoczenie, również to, przez które tylko przechodzę, dążąc do celu. „Używanie” świata, jak nieszczęśliwie wciąż się mawia, to nie czerpanie z niego pełnymi garściami bez myślenia o negatywnych konsekwencjach, ale takie, które jest równocześnie dbaniem o jego dobrostan. Można migrować, podróżować i szanować: świat, otoczenie, innych ludzi. Jeśli tkać te połączenia, to tylko po to, by budować swoją konstrukcję człowieka wartości.

 

A dom? On nie musi być w centrum naszej tkaniny, ale dla okresowego nomady ma wielkie znaczenie zwłaszcza, gdy już jest się w ruchu. „Dom jest miejscem skrytych narodzin świata” powie Emanuel Levinas. Powroty do domu są momentem odpowiedzi na to, co się tak naprawdę urodziło we mnie, jak powstaje mój świat i czy podróżowanie staje się dla mnie zasadą osiadłego trybu życia. Inny myśliciel, Dobrosław Kot, nazwie dom utopią, swoistym nie-miejscem. Co to w praktyce oznacza? Że bycie w domu, to bycie poza światem. Albo jestem w podróży albo jestem w domu. Nie da się pogodzić tych dwóch miejsc. Czy utopie można przekształcić w realną możliwość? Sądzę, że w przypadku domu współczesnego nomady tak: wystarczy wciąż mieć otwarty umysł, nie bać się być w podróży intelektualnej, nie bać się pozwolić sobie na gubienie się w labiryntach myśli. Będąc w domu i bujając się na siatce międzyprzestrzennych połączeń, możemy stale być ruchu, by ten, kto rządzi światem, nie schwytał nas swoimi wielkimi rękami i nie zamienił nas w kukiełki o małych, płaskich duszyczkach, wyciętych z papieru, z gazety. Przed tym przestrzega nas zakutana biegunica Olgi Tokarczuk. Może to dobra ścieżka na kolejną wyprawę do doliny myślenia?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back To Top
a

Display your work in a bold & confident manner. Sometimes it’s easy for your creativity to stand out from the crowd.

Social
Scroll Up